Biegnij Lola biegnij!

Koledzy ze szkoły średniej mieszkali na Sobieskiego. W tamtych czasach, zanim niektórzy dorobili się dziecka, żony i dwóch etatów, dość często spotykaliśmy się w celach towarzyskich. Problemem był rozstrzał wynajętych mieszkań po całej Warszawie – miało być „oby taniej”. To nie był jeszcze moment na „oby bliżej”.

Heh, pamiętam swoją pierwszą wycieczkę autobusową w tamtą stronę Warszawy. Niedoświadczona jeszcze życiem z uśmiechem ruszyłam po godzinie 17. Bardzo szybko zaczęłam żałować braku książki czy bodaj sudoku 🙂 Ponad godzinę?! Ponad godzinę to jedzie pociąg z Wawy do rodziców. Och zgrozo…

Rozpaczliwie ciężko było się mi przestawić na inne odległości. Oglądanie miasta zza szyby ZTM-u szybko przeszło do lamusa, ale jeszcze szybciej doszła do mnie świadomość, że ta, jakże ogromna strata czasu, będzie mi towarzyszyła zawsze – jeśli na zawsze zostanę w Warszawie. Dla porównania z domu na wsi do szkoły w mieście, podróżowałam całe 8 minut. Teraz 8 minut idę do metra i dopiero zliczam czas dojazdu.

I w tym o to miejscu, powinny się na mnie posypać gromy od Warszawiaków 😀 O ja niedobra, jak śmiem krytykować natężenie ruchu, skoro to moja wina, iż je powiększam – na szafot ze słoikami! Precz z ich samochodami! Parkingi tylko dla „Prawdziwej Warszawy”! 😀 Kiedyś stworzę zestaw „Demotywatorów” z odpowiedziami ta takie zasłyszane komentarze, bo one nie są wyssane z palca i czasem nawet mi, wesołej dziewczynie, robi się po prostu smutno. ( I feel like a Sad Jar).

Wróćmy jednak do wspominek o podróżowaniu na – i z imprez z tamtych odległych, nie liczących się z czasem lat.

Którejś niezwykle gwieździstej nocy, upojona napojami wyskokowymi, wracałam dość późno ze spotkania towarzyskiego od kumpli z Sobieskiego. (Mamo, Ty czytasz tego bloga? 😛 ) To może jeszcze wspomnę, że na chrzcie koniarza mianowano mnie Pyskulcem. Od dziecka miałam niewyparzoną gębę, ale to Warszawa (dziękuję) nauczyła mnie trzymać język za zębami.

Otóż owej gwieździstej nocy, bodaj w pierwszym kwartale mojego życia w stolicy, nieuprzejmy Pan przy Marriotcie, skrytykował mą lekko odbiegającą od Pameli Anderson 😀 klatkę piersiową. Wówczas Ania, czupurna, bojowa, troszkę może tępowata z racji wieku, zdrowo się odwinęła. Mężczyzna był ogromny, barczysty, zarośnięty i pijany w cztery dupy. W przeciągu 3 sekund, chyżo niczym gazela, biegłam goniona przez menela do domu. Nawet nie wiedziałam, że moje krótkie nóżki potrafią osiągać takie prędkości! Najadłam się strachu, nauczyłam respektu i czekałam na dzień, w którym będzie mnie stać na taxówki 😉

Tamta noc nie poszła w las – została mi kultura osobista, starszym dużym panom nie pyskuję 😉 jak i bieganie, całkiem niedawno zaliczyłam półmaraton 😉

4 Komentarzy

  1. Karolina

    You made my day!!!!

    1. Szpilka w gnoju (Post autora)

      Dzięki! Postaram się o więcej dni 🙂

  2. Piotr

    Najlepsi są też Warszawiacy w metrze 🙂
    Stoją na wyciągnięcie ręki od siebie i żaden nawet nie wyjdzie z inicjatywą, aby zagadnąć z kimś.
    Głowa w smartfonie (pokolenie „head down), ci mądrzejsi w książce, ale też uciekający wzrokiem od innych.
    Alienacja społeczna to się chyba nazywa…..

    1. Szpilka w gnoju (Post autora)

      No tak, ale to zarówno Warszawiacy, jak i Słoiki. Nie widzę podziału w aljenacji. Wszyscy jesteśmy w jednym „worku”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *