Ręka, noga, mózg na ścianie

polonez

W swej opowieści o żywocie słoika poczciwego, pozwolę sobie wspomnieć o życiu w kupie na Żwirki Wigury, interpretacja stwierdzenia dowolna i każda zaręczam trafna.

To ważny rozdział w mojej egzystencji warszawskiej. To czas okrutny, bez kasy, wstrzymanym kredycie studenckim, zmianie studiów i mieszkaniu w 6 osób. W zasadzie to liczba mieszkańców wahała się między 6, a przynajmniej 10. Nasze lokum było bardzo ruchliwym miejscem z niewidzialnym szyldem na drzwiach „Każdy mile widziany”.

Niezwykle ciekawym był okres sesji, ponieważ przez nasze lokum przewijało się „naście” osób na dobę. Widocznie wspólne łączenie receptorów, kluczem do sukcesu w zaliczaniu egzaminów 🙂 Brat trzymał  zapasowy materac żołnierski, na którym odwiedzający kładli się raczej w szerz, a nie wzdłuż.

Ja zamieszkałam z Martą w jednym pokoju. Koleżanka starsza 3 lata, służąca radą, wykwintną kuchnią oraz wspólnym łożem małżeńskim. Tak – miałyśmy 1 łóżko, jedynie kołdry oddzielne.

Ale najtrwalsze wspomnienie ze Żwirki Wigury, to jeden konkretny wieczór…

Tego feralnego dnia byłam ubrana w buciki nówki funki. Moje pierwsze obcasy. But elegancki, czarnego koloru, na dobrze wyważonej szpilce. Kosztowały mnie 120 zł, co przy zarobkach 6,25 na godzinę było dość mocno obciążającą, kieszeń studencką kwotą. Wymuskana od stóp do głów pobiegłam po siostrę na PKP Śródmieście. Bardzo długo się nie widziałyśmy, a Kaśka świeżo upieczony student olsztyński, z lubością wyrwała się na weekend z czochrającej mózg weterynarii. Radość nasza była ogromna. Wolny wieczór, spacer cudnie ośnieżoną Marszałkowską. Jak to w piątki, ulicami przechadzali się roześmiani warszawiacy, a my pełne planów i werwy zachwycałyśmy się socrealistycznym zespołem budowlanym, mieniącym się w neonach niczym grecki panteon. To był dobry moment w życiu. Czułyśmy się dorosłe, odpowiedzialne, a telefon od rodziców już nie dzwonił co 5 minut z pytaniem”Gdzie jesteś? Co robisz? O której będziesz i czy nie później niż 22?” 🙂

Piątkowy plan miałyśmy wyśmienity. Po szybkim browarku na ławce Pól Mokotowskich, zgarnięcie kumpeli z przystanku tramwajowego, zakup wina w „Warzywa, Owoce, Chemia i Alkohole” przy Żwirki Wigury i sympatyczna biesiada ze współlokatorami w naszym studenckim przybytku… do którego niestety nie dotarłyśmy.

Tego wieczoru Stolica doświadczyła nas dosłownie i w przenośni.

Jak to młody człowiek z pustym portfelem, grosz każdy skrupulatnie liczył. Szkoda tylko, że liczył go na skrzyżowaniu i szkoda, ze nawet nie raczył podnieść wzroku na zmieniające się światła. Powolnym krokiem snułyśmy się z Katarzynką przeliczając moniaki.

– „8 zł, 9,5 zł. Młoda, uzbieramy drobnicę do 11 złotych i kupimy białe wino”.

-„Szkoda, że nie po jednym  na łeb, ale dobre i to”.

Roześmiałyśmy się głośno, przyklaskując sobie w ten sposób wspólne żulostwo, gdy wtem rozległ się przeraźliwy krzyk naszej koleżanki.

-„Uważaaaajcie!!!”

Nawet nie zdążyłam pomyśleć na co, gdy wjechał w nas kurier ze „Stolicy” autem marki polonez truck. Młoda po uderzeniu wyleciała w górę niczym wystrzelona z procy, natomiast ja, leżąc już gębą w śniegu, słyszałam jak Kaśka spada ponownie na maskę i znowu pod koła. Całe szczęście, że jej tyłek okazał się twardszy niż przód samochodu i dziura na pośladku była mniejsza niż na polonezie. Finał uderzenia był taki, że sympatyczny Pan Kurier wpakował nas we trzy do kabiny na jedno siedzenie i pędem zawiózł na ostry dyżur. Koleżanka przetrąciła sobie kręgi szyjne, Kaśka złamała rękę.. a ja obcas, w swoich ślicznych, nowych kozaczkach. Rozpacz 😉

Wizyta w szpitalu. Siedzimy z siostrunią na korytarzu, Kaśka blada jak trup, dzwoni telefon.

– „No cześć dziewczynki, jak się bawicie? Gdzie jesteście?”  – słyszę głos ciotki.

– ” W Mc Donaldzie mamo” – wybąkała Kaśka przez zęby. Odpowiedź Czytającemu może wydać się dość zaskakująca, ale moja siostra w swej przebiegłości, dokładnie wiedziała co robi. Tak znane już w Polsce, ale nieosiągalne jeszcze w Siedlcach, restauracje międzynarodowe, u cioteczki nie mogły wzbudzić podejrzeń, a nasz pobyt w szpitalu i planowane ekscesy miały nienaruszalne alibi.

Po kilku godzinach oczekiwania oraz krótkiej wymianie zdań z lekarzem dyżurującym, Młoda smagana bólem dostała karteczkę „Pacjent sprawiający problemy”. W sumie nie dziwne, skoro na komendę „leżeć” odpowiedziała doktorkowi „łapa” 🙂 Szybki gipsik i nieśmiałe pytanie na do widzenia, czy choć łyczka szampana możemy w domu złapać, bo przecież tak miło zapowiadający się wieczór, nie może być całkiem spartolony. O godzinie 1 w nocy ruszyłyśmy do mieszkania w konwoju samochodowym, składającym się z druzgotanego sytuacją kuriera oraz radiowozu policyjnego.

I tu Ania jak zwykle pokazała co potrafi. Nigdy nie miałam skłonności to zbytniej hamletyzacji, decyzje podejmuje po żołniersku. Niewiele myśląc, zmieniłam zeznania na korzyść kuriera ze „Stolicy”. Chłop straciłby prace, a Święta Bożego Narodzenia za pasem, dzieciaki prezentów by nie miały. Ania co prawda nie dostała odszkodowania, bo jak się później okazało najbardziej oberwało jej kolano, czego w emocjach tej nocy nie czuła, ale wierzcie mi, że jest to najmniej ważne. W tej całej sytuacji chyba otarłam się o frajerstwo 🙂 ale wierzę, że karma wraca.

Ten, jak już wspominałam, pechowy wieczór, zakończył się w gronie kumpli współlokatorów. Marta zrobiła kanapki, Karol otworzył piwko, siostra natomiast stwierdziła, że wino będzie pijała jedynie u siebie 🙂

1 Komentarz

  1. Daria

    Ta część z leżeć i łapa najlepsza 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *