Projekt ubój

Siedziałam na tarasie i popijałam kawę. Włosy przykleiły mi się do czoła, a do buta kurze gówno. Nie miałam siły wstać  i się przebrać, bo przed chwilą skończyłam akcję wysyłki tuszek rosołowych do klientów. Zatem siedziałam tak i sama śmierdziałam jak kura, rozkminiając co zle zrobiłam przy całej akcji finalizującej cykl produkcyjny moich kur – w sumie to był mój pierwszy raz.  Na świeżo chciałam zapisać słabe punkty projektu. Przy łapance trzeba lepiej zaciemnić okna, żeby nie rzucać się za kurą uciekającą niczym sprinterka. No ok., ale dobrym  elementem tego biegu było padnięcie twarzą w ekologiczny gnój, co z pewnością ma zbawienny wpływ na cerę. Następnym razem sprawdzę, czy zamknęłam wszystkie klatki, bo łapanie w te i nazad 400 ptaków nieco męczy – no ale dobra, sporo się napociłam, był upał 32 stopnie, na bank schudnę. Szklanka jest do połowy pełna.

Wtem dzwoni kumpela, która to w jednej z korpo była moim zastępcą przez kilka lat. Czy bym mogła pomóc jej w prezentacji, bo startuje na Big Bossa i musi mieć super wypierdziane slajdy na czwartek. No to ja zajarana, w sekundę włączył mi się tryb Doświadczona Pani Manager Mocno Nieomylna. Slajdy muszą być treściwe, bez zbędnych ozdobników, w końcu to kilka minut, trzeba zabłysnąć. Przedstawimy maksymalizację zysków przy równoczesnej satysfakcji pracowników… myśli jadą jak torpeda i w tym momencie Karolina pyta – a co u mnie?

– Ubój miałam – odpowiadam.

– I jak?

– No sporo do poprawy – spojrzałam na kartkę w ręku i ostatni punkt na niej „pamiętaj o zamówieniu podrobów, bo zutylizują”.

Moje życie jest swoistego rodzaju chorobą dwubiegunową. Jak to rzekł Czerniecki – „Tegom chciał”.

Chyba 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *